ZIMOWY REJS: GDAŃSK – SANTA CRUZ

czyli przeprowadzenie jachtu CHIEF ONE na Teneryfę, skąd rozpocznie się samotny rejs dookoła świata Irka.

Po długim remoncie jachtu, który miał na celu przygotować Chief One pod samotną żeglugę, w końcu nadszedł czas na sztauowanie i wyruszenie w zimowy rejs przez Morze Bałtyckie, Morze Północe, Kanał la Manche, Zatokę Biskajską oraz Ocean Atlantycki.
Załadunek i sztauowanie jachtu trwało wiele godzin.

I tak 28.11.2017r. wieczorem w załodze: Wojciech Madej (kpt.), Ireneusz Chwołka, Ireneusz Guz, Ewa Kowalska, Michał Zadrusiński, Marcin Cybulski i Krzysztof Madej opuściliśmy główki portu w Gdańsku.
Pierwszy etap jakim było przepłynięcie najmłodszego morza Europy przebiegł dość spokojnie jak na ten wymagający akwen, a początek grudnia przywitał nas słonecznym dniem.

Pierwsze problemy z wielkością jachtu pojawiły się w Kanale Kilońskim i zaraz za nim. O ile długość nie stanowi problemu, a nawet jest ogromną zaletą, bo nawet sztormu będąc w środku da się nie zauważyć (dla potwierdzenia odniesienie do wiadomości Irka z rejsu Salvador – Piriapolis: „(…) Wojtek śpi, ja czytam, a sztorm sobie jest na zewnątrz” przy 56 węzłach wiatru), o tyle zanurzenie już może być pewnym problemem.
Chief One w śluzie do Kanału Kilońskiego.

Radość Wojtka i Irka po wyjściu ze śluzy do Kanału Kilońskiego, gdzie udało się uniknąć kosztów związanych z Pilotem.

Kanał Kiloński mimo że nie jest otwartą wodą i nie było sztormów to chciał nas zatrzymać w Rendsburgu. Przez gęstą mgłę nie mogliśmy wypłynąć z zamkniętego poza sezonem portu, w którym ze względu na nasze zanurzenie było tylko jedno miejsce gdzie mogliśmy stać. Było to na końcu długiego, drewnianego i bardzo śliskiego pomostu. Po pokonaniu tej przeszkody przywitał nas w centrum jarmark bożonarodzeniowy – pierwszy świąteczny akcent. A następnego dnia musieliśmy odśnieżać pokład po pierwszym opadzie śniegu.
Ciężkie te warunki…

Ale przeważały te lepsze dni :)

Cała załoga na jarmarku bożonarodzeniowym w Rendsburgu

W Niemczech jeszcze chwilę spędziliśmy, ale już za Kanałem Kilońskim w miejscowości Cuxhaven, gdzie przywitał nas piękny, słoneczny dzień. Gdyby nie temperatura to można by pomyśleć że było lato.
Zdjęcie z ranka dnia 04.12.2017

Po pierwszej nocy spędzonej na wejściu do portu i wielu godzinach w kapitanacie następnego dnia, dostaliśmy zgodę na stanięcie w bezpiecznym miejscu za śluzą i przeczekanie niekorzystnych warunków na Morzu Północnym – sztorm z zachodu i śnieżyce.
Trochę nas zasypało.

I nadszedł czas na Morze Północne. Pierwsze wyjście zakończyło się dość szybko, jak tylko zobaczyliśmy fale stwierdziliśmy, że szkoda sprzętu i załogi. Wróciliśmy do Cuxhaven by wypłynąć następnego dnia.
Morze Północne owiane wieloma legendami pokazało nam swoją zmienność :) początkowo spokojne i dość przyjazne, później też sztormowe, który poznaliśmy po tym jak poszło przeciążenie na autopilot (szkwał + duża fala) i na chwilę trzeba było złapać koło sterowe.
Morze Północne to też miejsce połowów i każdy mógł się sprawdzić w roli oka, kiedy nad ranem jak jeszcze było ciemno wychodziło w morze po 30 kutrów rybackich. Jak połowa z nich miała AIS to i tak było super.

Przed wpłynięciem do Kanału La Manche zatrzymaliśmy się na chwilę w Calais. Tutaj zobaczyliśmy jak wielkie są przypływy i odpływy, poczuliśmy troszkę ciepła, zjedliśmy pyszne krewetki zrobione przez „Wodza” i ruszyliśmy dalej.
Port bez zamykanych wrót w czasie odpływu i przypływu.

Chief One i sąsiedzi :) w jachcie za nami była para, która płynęłam w stronę Wysp Kanaryjskich. Wyszliśmy z portu tego same dnia ale nie mogliśmy płynąć razem ze względu na różnice w prędkościach jachtów.

W dalszą drogę, widząc z jednej strony brzegi Francji z drugiej białe klify Dover, wyruszyliśmy już w składzie 5 osobowym.
Wejście do Kanału La Manche.

Kanał La Manche i Zatokę Biskajską minęliśmy szybko. Pod względem wiatrowym nie był to najcięższy odcinek, ale dwóch członków załogi dopadła choroba i wachty przejęły 3 osoby. Na koniec doszedł jeszcze długotrwały i uciążliwy opad deszczu. Do tego czasu trochę nam brakowało, bo Irek i Krzysiek musieli wracać do Polski. Ale zdążyliśmy. Dopłynęliśmy wieczorem do Aviles, gdzie spędziliśmy noc. Rano przywitał nas turysta, którego poznaliśmy w nocy i przywiózł nam zrobione świeże bułki na śniadanie, piękny wschód słońca i temperatura ok 17. Poczuliśmy się jakbyśmy pod tym względem wpłynęli do innego świata :) Pożegnaliśmy chłopaków i dalej wyruszyliśmy już w 3 osoby.
Wschód Słońca w Aviles.

W mojej ocenie w momencie tego wschodu słońca zaczął się najlepszy odciek rejsu. To, że była nas 3 wcale nie przeszkadzało. Mieliśmy dłuższe nocne wachty, ale na nich chciało się być! Przy jachcie prawie cały czas bawiły się delfiny, a w nocy pod pokładem było słychać jak ze sobą rozmawiają. Dodatkowy wspaniały efekt w nocy dawał plankton, który przez poruszenie wody zaczynał świecić. Wokół jachtu była świetlista łuna a przepływający szybko delfin był jak świetlna torpeda podwodna. Niesamowity widok! W dzień życie załogi toczyło się już na pokładzie a nie pod. O 9 rano było już tak ciepło że trzeba było ściągnąć kurtkę i buty. Poranna wspólna kawa i śniadanie w promieniach słońca, a później próby połowy ryb. Niestety udało się złowić kilka rybek dopiero przed wejściem do Cascais, gdzie dojechało do nas kilka osób na świąteczny i ostatni etap rejsu. O etapie do Santa Cruz przeczytacie w relacji Joanny Łupińskiej: Chief One Expeditions przygoda nie tylko dla twardzieli.
Zdjęcia z etapu Aviles – Cascais

Cascais i Lizbona, czyli przygotowania do świąt na oceanie.

28.12.201r., po 31 dniach od wypłynięcia z Gdańska, wpłynęliśmy do pory w Santa Cruz i zakończył się nasz rejs. Jeszcze tylko wspólne świętowanie Nowego Roku i pożegnanie Irka, który wypływa w samotny rejs dookoła świata.

Dodaj komentarz

https://chiefone.eu/wp-content/themes/yachtsailing